Car dashboard and windshield view on a highway at twilight with illuminated dials and road ahead.

Jeśli myślisz, ze to tylko jazda samochodem – poczakaj, aż przeczytasz do końca…

Lubię płynność, tempo, zdecydowanie, ten moment, kiedy wsiadasz do auta, włączasz się do ruchu i wszystko działa — światła się zgrywają, ludzie myślą, ruch płynie, a Ty czujesz, że jesteś w rytmie, że masz kontrolę, że jedziesz, a nie stoisz i nie czekasz aż ktoś łaskawie podejmie decyzję.

I może właśnie dlatego tak długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego jazda samochodem potrafiła mnie tak absurdalnie wyprowadzić z równowagi, bo wystarczyło, że ktoś przede mną jechał za wolno, blokował pas albo zastanawiał się trzy sekundy za długo na skrzyżowaniu, a we mnie momentalnie coś się odpalało — napięcie, irytacja, wewnętrzny komentarz w stylu „serio?”, poczucie, że ktoś właśnie rozwala mój rytm.

I to nie była tylko złość.

To było fizyczne.

Ciało się spinało, oddech skracał, ręce mocniej zaciskały się na kierownicy, jakbym próbowała odzyskać kontrolę nad czymś, nad czym jej nie mam, i przez długi czas byłam przekonana, że problem jest na zewnątrz — że ludzie jeżdżą beznadziejnie, że nie myślą, że nie czują tempa, że gdyby wszyscy jeździli „normalnie”, to ja byłabym spokojna.

Tylko że to nieprawda.

Bo w pewnym momencie dotarło do mnie coś dużo mniej wygodnego, ale za to bardzo konkretnego: ja w tych sytuacjach oddaję swój stan kompletnie obcym ludziom, którzy nawet nie wiedzą, że istnieją w mojej rzeczywistości, a mimo to mają wpływ na to, czy jadę spokojnie, czy wracam do domu spięta i przebodźcowana.

I tu wchodzi coś, czego większość osób w ogóle nie bierze pod uwagę — Twój układ nerwowy.

Bo dla niego to nie jest „ktoś jedzie wolno”.

Dla niego to jest: coś zaburza przewidywalność, tracisz kontrolę, trzeba reagować.

W ułamku sekundy włącza się tryb walki, ciało dostaje sygnał „działaj”, tylko że na drodze nie masz co z tym zrobić, więc zostajesz z napięciem, które nie ma ujścia i zaczyna się kumulować, a im częściej to powtarzasz, tym szybciej się odpalasz, czasem już nawet nie przez sytuację, tylko przez samą gotowość do niej.

I teraz najważniejsze — to nie jest kwestia tego, że masz „słabą cierpliwość” albo powinieneś „bardziej panować nad emocjami”.

Jeśli Twoje ciało jest w trybie pobudzenia, to żadna logiczna gadka do siebie nie zadziała.

Możesz sobie mówić „wyluzuj”, a Twoje ciało i tak zrobi swoje.

Dlatego przełom u mnie nie polegał na tym, że zaczęłam być bardziej „zen”. Polegał na tym, że przestałam ignorować ciało i zaczęłam je ogarniać.

Zamiast skupiać się na tym, co robią inni, zaczęłam łapać moment, w którym to się zaczyna we mnie — to pierwsze napięcie, ten ułamek sekundy, kiedy jeszcze nie jesteś wkurzona, ale już jesteś bliżej niż dalej, i wtedy robić rzeczy, które z zewnątrz wyglądają banalnie, ale dla układu nerwowego są konkretne: dłuższy wydech, rozluźnienie dłoni, świadome opuszczenie ramion, odpuszczenie tego wewnętrznego „szybciej, już, teraz”.

I jeśli chcesz coś z tego wziąć dla siebie, to nie próbuj nagle stać się spokojnym kierowcą. To nie o to chodzi.

Przy następnej jeździe zobacz tylko jedną rzecz — kiedy dokładnie zaczyna się napięcie w Twoim ciele. Nie kiedy już jesteś wkurzony, tylko chwilę wcześniej. Bo to właśnie jest ten moment, w którym masz realny wpływ. A reszta to już reakcja.

Z czasem zaczynasz zauważać coś, co naprawdę zmienia jakość jazdy i — szerzej — życia: ludzie na drodze się nie zmieniają, tempo świata się nie zmienia, ale Ty przestajesz się odpalać za każdym razem, przestajesz oddawać swój stan komuś, kto jedzie przed Tobą 45 zamiast 60, i nagle okazuje się, że możesz dalej lubić dynamikę, tempo i płynność… tylko bez tego kosztu w postaci napięcia, które nosisz potem jeszcze długo po tym, jak zgasisz silnik.

I to jest właśnie ten moment, w którym nie chodzi już o to, żeby inni jeździli lepiej. Chodzi o to, żebyś Ty nie oddawał im swojej głowy.

Szerokości dla Was!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk